piątek, 25 maja 2012

Rozdział IV - Bo warto być tylko sobą


4. Samolot
-To masz do niego numer telefonu, czy nie?- warknęłam, bo byłam już rozwścieczona.
Przecież leciałyśmy tam, by się z NIM spotkać, a nie na wakacje!
-W pewnym sensie- szepnęła lekko zdezorientowana Adele.
Załamałam się.
-Jak to „w pewnym sensie”?- zapytałam spokojnie, by rozluźnić atmosferę.
Natomiast w duchu miałam ochotę coś jej zrobić.
-Mam jego telefon domowy- odpowiedziała.
Po jaką cholerę mi jego domowy?! Przecież my się mamy z nim spotkać, a nie wydzwaniać do jego rodziców.
-Masz netbook’a?- spytałam.
-No mam!- prawie na mnie warknęła.
-To napisz do niego teraz- rzekłam.
Znajdowałyśmy się na lotnisku. Miałyśmy równe 2 godziny na znalezienie „opiekuna” i wejście pod jego nadzorem do samolotu.
Adele klikała coś na laptopie, a ja rozglądałam się za człowiekiem, który potencjalnie mógłby nam pomóc.
-Ok, mam już jego numer.- mruknęła lekko załamanym głosem.
-To świetnie- skomentowałam z nadzieją, że ją nie okłamał.
-Patrz- krzyknęłam - Ta babka w zielonym, ona też leci do Porto.- dodałam.
-To może z nią się zabierzemy?- zapytała jakby lekko przestraszona wizją proszenia staruszki o pomoc.
-Czekaj- rozkazałam.
Podeszłam do starszej pani i opowiedziałam jej naszą historię. Sprawiała wrażenie zdziwionej, ale chyba skorej oddania nam przysługi.
-To mogła by pani potwierdzić, że wchodzimy pod pani nadzorem?- zapytałam.
-Na pewno nie będziemy sprawiały żadnych kłopotów- dodałam pośpiesznie, bo minę miała taką jak ja, kiedy ktoś próbował mi wytłumaczyć Twierdzenie Pitagorasa.
-Nie ma żadnego problemu słoneczko!- mówiąc to staruszka się uśmiechnęła.
-Dziękuję pani bardzo, nawet nie wie pani ile to dla nas znaczy- Moje słowa były w stu procentach prawdziwe, ponieważ mogłam wreszcie odetchnąć z ulgą.
-Ja tylko przeniosę koło pani nasze bagaże i my też się przesiądziemy- mówiąc to ruszyłam w stronę Adele.
-Wszystko załatwione- szepnęłam w jej kierunku i podniosłam swoją walizkę z ziemi.
Uśmiechnęła się od ucha do ucha i powtórzyła mój ruch.
Podeszłyśmy do starszej kobiety i usiadłyśmy.
-Teraz to wszystko takie nowoczesne- stwierdziła pani w zielonym płaszczu.
Przytaknęłyśmy.
Później staruszka długo opowiadała nam, jak przeżyła II wojnę światową i jak to było na robotach przymusowych u Niemców.
Słuchałyśmy z zaciekawieniem, nie dlatego, że nie miałyśmy innego wyjścia, tylko po prostu same byłyśmy za bardzo przejęte, by móc wykrztusić jakiekolwiek słowa.
Później położyłyśmy bagaże na takiej specjalne ruchomej taśmie i pokazałyśmy bilety i paszporty. Kobieta zgodnie z planem potwierdziła, że jest naszym opiekunem, za co byłyśmy jej ogromnie wdzięczne.
Gdy już wsiadłyśmy do samolotu i usiadłyśmy na nie swoich miejscach, by móc siedzieć koło starszej pani, od razu zaczęłyśmy planować jak dostać się do hotelu.
Lot minął szybko, ponieważ obie z Adele usnęłyśmy.
Podejrzewam, że staruszka też poszła w nasze ślady.

Rozdział III - Bo warto być tylko sobą


3. Szkoła

Wstałam w świetnym nastroju, który przeminął. Zanikł całkowicie, gdy popatrzyłam w lustro i stwierdziłam, że wyglądam jak zombie.
Poszłam wziąć prysznic by umyć włosy moim ulubionym szamponem o zapachu maliny. Szlak mnie trafił, gdy dodarła do mnie wiadomość, że się skończył.
Musiałam umyć włosy czymś, co pachniało mydłem, choć pisało, że to małe gówno jest podobnież migdałowe. Dodam też, że było zielone.
Po powrocie z łazienki ubrałam się w koszulkę z napisem „ i love me” skórzaną czarną kurtkę i obcisłe fioletowe spodnie.
Głowę przewiązałam białą bandaną.
Założyłam moje ulubione czarne glany i wyszłam do szkoły.
Gdy weszłam do budynku, ktoś rzucił we mnie butem.
Tak, tak, cóż za miłe przywitanie…
Rzuciłam tylko pod nosem „Chłopie, co ty bierzesz?” i ruszyłam pod klasę.
Tam czekały na mnie Stacia i jej orszak. O dziwo dołączył się do nich jeden laluś. Współczułam chłopakowi, ale ten nagle powiedział w moim kierunku „ Myślisz, że jesteś fajna?”. Co za kretyn, brak słów.
Uśmiechnęłam się tylko kpiąco do niego i odpowiedziałam „na pewno fajniejsza od Ciebie, laska”.  Kolesiowi zbledła mina i chwilę po tym odsunął się od dziewczyn. Biedaczek.
Przekazałam Adele pieniądze, przy czym czułam się jak mafia, bo nikt się nie mógł o tym dowiedzieć.
Godziny straszne mi się dłużyły, przez najbliższy… Tydzień.

Rozdział II - Bo warto być tylko sobą


2. Wizyta

Zaraz po powrocie, poszłam do domu Adele.
Był to stary budynek, z przed czasów drugiej wojny światowej, dodam, że był on też powalającej wielkości.
Nie czekając długo, bo wcale nie miałam ochoty tam zapuścić korzeni, zadzwoniłam do drzwi.
-Hej Clovie! -krzyknęła Adele otwierając zamek.
-Siema.- powiedziałam i weszłam do środka.
Dom wyglądał jak zwykle. Przytulna, mała kuchnia. Dodam jeszcze, że była strasznie zagracona. Obok niej salon, w którym dominowały odcienie żółci i zieleni. Koło niego, pokój brata Adele i jeszcze trochę dalej stały dębowe schody prowadzące na poddasze, czyli do „ królestwa” mojej przyjaciółki.
-Słuchaj- zaczęła Adele.
-No mów- odpowiedziałam.
Czy ona nie mogła wreszcie przejść do setna sprawy? Nie miałam za wiele czasu, ale nie grzecznie byłoby jej przerywać.
-Więc muszę się dostać do Portugalii- dopowiedziała.
Czyli jednak, tak jak myślałam- zwariowała.
-Chodzi o tego chłopaka… No wiesz tego, co się na forum poznaliśmy- rzekła trochę zawstydzona.
Boże! Ona ciągle o nim myśli! To jest już nie od zniesienia. W skrócie, chodzi o to, że zakochała się w jakimś boy’u i myśli, że wyjdzie z tego wielka miłość. Ja tam nie wierzę w związki na odległość. Dodam jeszcze, że mieszka on jakieś 3000 km od nas! Jej pomysły niestety są nierealne, ale … Jest moją przyjaciółką i postanowiłam, że jednak jej pomogę. Tylko jak?

-Powiedz, że żartujesz- szepnęłam.
-Nie- powiedziała stanowczo- ja to mówię całkiem serio.
Przecież nie mogłam zostawić jej samej.
Przez długi czas milczałyśmy.
-Wiem!- krzyknęłam radośnie, że aż przestraszyłam się swojego głosu.
Źrenice oczu Adele powiększyły się dziesięciokrotnie.
-Więc tak- zaczęłam- mówiłaś mi, że masz jakieś oszczędności, ja również, to za nie, możemy kupić dwa bilet do Porto, bo są tańsze niż do Lizbony.- rzekłam spokojnie.
-To się nie może udać.- skomentowała,
-Jak nie, jak tak.- zakwitowałam.
-Potrzebujemy opiekunów w samolocie.- dodała zasmucona Adele.
- Znajdziemy kogoś i polecimy na doczepkę.- zaproponowałam- na pewno się zgodzi potwierdzić, że wchodzimy pod jego nadzorem, a tylko tyle jest nam potrzebne.
-Całkiem niezły ten twój złowieszczy plan- zaśmiała się.
-Pytanie jest tylko, kiedy.- mruknęłam pod nosem.
-Jutro!- wrzasnęła Adele, że aż mnie ucho rozbolało.
Na jutro przecież pewnie nie ma już biletów, a zresztą wypadałoby się przygotować- pomyślałam.
-Nie- zaprotestowałam. Mimo tego, że zawsze miałam chore pomysły, to ten wydawał się jeszcze gorszy.
-Za tydzień, dzisiaj zamów bilety, kasę oddam ci jutro w szkole.- dodałam.
-oh dzięki, dzięki!- krzyczała w niebogłosy Adele.
Później zaczęła tańczyć na środku pokoju „makarenę”, a ja tylko patrzyłam się na nią podejrzanie, czy aby na pewno to był dobry pomysł.
Przytuliłam ją na pożegnanie i wybiegłam z domu. Do odjazdu autobusu zostało mi 3 minuty, więc musiałam biec kawał drogi na przystanek.

Rozdział I - Bo warto być tylko sobą


1. Wycieczka szkolna

-Pośpiesz się Clovie.- usłyszałam w oddali głos nauczycielki
Miałam do pokonania spory kawał drogi wzdłuż wąskiego górskiego strumienia.
Cała grupa musiała na mnie czekać, ale nie przejmowałam się tym, właściwie było mi obojętne, co sobie myślą.
W oddali widać było tylko małe ludziki, którymi była moja klasa wraz z opiekunami, i niesamowity widok na Wielkie jezioro, którego nazwy nie pamiętam.
Niebo było bezchmurne, przyznam, że ten upał trochę mnie męczył, ale stałam dalej, dlatego, że nie chciałam dojść do mojej klasy. Jestem wysportowana, więc też nie czułam się na tyle zmęczona, bym nie mogła iść. Coś mnie jednak coś mnie powstrzymywało.
- Clovie, możesz się wreszcie pośpieszyć?! Czy może mamy cię ponieść?!- z sarkazmem skomentowała na złość Haven drąc się przy tym niemiłosiernie, bym mogła cokolwiek usłyszeć.
Ale ja wcale nie miałam zamiaru się ruszyć. I tak wszyscy uważali mnie za niezrównoważoną psychicznie osobę, a nawet w niektórych przypadkach- za debilkę.
Przyznam, że to mi odpowiada, ponieważ lepiej żyć tak, niż cały czas próbować się komuś przypodobać.
Więc na przekór wszystkim siadłam na skale przy małym strumyczku i włączyłam muzykę na najgłośniej jak się tylko dało. Słuchałam zespołu „My Chemical Romance” piosenki „ teenagers”. Zaczęłam nucić to na tyle głośno, by mogli mnie usłyszeć.
„Niech się idą leczyć, jak im coś nie pasuje. „Tylko ta jedna myśl krążyła mi po głowie poza słowami piosenki.
Mimo tego, że dzieliło nas dobre 200 metrów, widziałam ich zdegustowane miny i wymieniane spojrzenia.
Uśmiechnęłam się pod nosem i zdjęłam buty, by zamoczyć stopy w zimnej wodzie. Co zaszokowało ich jeszcze bardziej.
Nawet nic nie mówili, bo i tak byli pewni, że nic nie słyszę. W końcu muzyka była naprawdę głośna, nawet chyba jak dla mnie trochę za głośna, ale chciałam ich jeszcze bardziej wkurwić.
Zobaczyłam, że nauczycielka idzie już po mnie wraz z nią u boku trzy lizusy i straszne kujony.
Przewinęłam szybko piosenkę, by przy nich głośno zaśpiewać wers „Teenagers scare the living shit out of me”. Tak też zrobiłam, ale nagle jedna z tych plastikowych dziuń wyciągnęła mi słuchawki z uszu.
Miałam jej wtedy ochotę obić mordę, ale postanowiłam się powstrzymać, ponieważ nauczycielka już zbliżała się do mnie tym swoim majestatycznym krokiem, który wygląda jak chód pingwina.
- Czy aby nie przesadzasz panno Bloom?- zapytała się ta baba.
Miała na sobie czerwoną obcisłą sukienkę, która nadawała się na dyskotekę, ale na pewno nie na wycieczkę w góry. Uważała się za blondynkę, ponieważ była tak ufarbowana ( nie wnikając w to, że miała 5 centymetrowe odrosty na głowie i czarne brwi). Jej idealnie zrobiona trwała, delikatnie uginała się pod siłą napierającego na nią wiatru.
- Chcę byś oddała mi swoją mp3- wysapała nasza psorka- oddaj mi ją natychmiast- dodała.
Długo zastanawiałam się, co zrobić, a raczej co jej odpowiedzieć.
W końcu, z powodu braku innego pomysłu, odpowiedziałam tylko;
„ Jak chcesz to sobie kup, ja ci Jadziu ( bo tak ma starucha na imię) mojej nie oddam”.
Niezaszokowana nauczycielka usiadła obok mnie, ewidentnie obmyślając prostą ripostę, która dodatkowo miała zmusić mnie do wstania i ruszenia w drogę.
Natomiast te kujonki stały oszołomione i szeptały między sobą rzeczy „ ja to bym nigdy tak nie powiedziała”, „chyba  wychowały ją wilki”, „ gdzie jej kultura”, itp.
- Ty dziwadło, bo tutaj zwiędniemy.- wrzasnęła z oddali Stacia, czyli „szkolna gwiazda”. Uważali ją za taka, ponieważ była cheerliderką i  zawsze miała kilo tapety.
Postanowiłam jej odpowiedzieć, a nie zlać ją całkiem.
- Idź kosić trawę zębami koniu- odwarknęłam.
- Bo co? Wszyscy przyjaciele już cię opuścili?- powiedziała przysuwając się do mnie.
Tego było już za wiele, po pierwsze moi przyjaciele są jak wampiry i prawie nie wychodzą z domu i na wycieczkę nie pojechali. Po drugie też bym nie jechała, gdyby nie to, że rodzice mnie do tego zmusili.
Nie zastanawiając się długo wepchnęłam ją do strumienia.
Ta zaczęła drzeć się w niebo głosy.
Jej „przyjaciółeczki” śmiały się z niej przez krótki czas, ale później dotarła do nich wiadomość, że jak ona nie będzie ich lubić to stracą swoją pozycję w szkole, więc nieudolnie ruszyły jej pomóc.
Stacia dryfowała na wodzie trzymając się jakiegoś konara drzewa przy tym niesamowicie głośno wykrzykując jakieś głupoty.
- Coś ty debilko zrobiła?!- wrzasnęła na mnie, ale ja to miałam tam gdzie słońce nie dociera.
- Ojojoj…Boisz się, że ci tipsy odpadną, czy solara zblednie?- skomentowałam z sarkazmem.
Tempa blondi wreszcie zamilkła (zawsze wiedziałam jak ją zgasić), a wtedy zbiegli się wszyscy opiekunowie i zaczęli bezskutecznie wyławiać dziewczynę, która w wodzie odrobinę przypominała wieloryba.
Wyglądało to nadzwyczaj zabawnie, ale nie mogłam tam tyle czasu czekać, bo wiedziałam, że zaraz dostanę ochrzan, co nie było mi na rękę. Szybko pobiegłam w głąb wysokich, zapewne starych, drzew.
Nie wiedziałam, co robić, z jednej strony nie odbiegłam daleko, więc mogłam jeszcze wrócić, ale jednak postanowiłam, że w samotności zejdę z góry do autokaru.

Znałam dobrze cały las, więc wiedziałam, że się nie zgubię. Dwa razy w tygodniu dokarmiam tutejsze zwierzęta. To znaczy nie wszystkie. Tylko lisy i wilki. Już na tyle się do mnie przyzwyczaiły, że czasem pozwalają bym dotknęła ich aksamitnych futer , rozpoznają też mój zapach. Nie boję cię ich, podziwiam je i trochę im zazdroszczę. Są wolne, całkowicie wolne. I takie piękne.
Tak też, nie myśląc zbyt wiele ruszyłam w drogę.
W borze było mnóstwo drzew, więc było ciemno, ale bez większych problemów dotarłam w jakieś pół godziny do połowy drogi.
Tam zobaczyłam białą wilczycę. Już kiedyś ją widziałam.
Jej lśniące białe futro i jasno-niebieskie oczy oraz dość powalająca wielkość robiły wrażenie.
Nie należała ona do tych najbardziej towarzyskich, więc spokojnie ją ominęłam.
Ona nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi.
Szłam dalej wzdłuż wyznaczonego szlaku, aż nagle zadzwoniła moja komórka.
Wiedziałam, kto dzwoni. Zdążyłam się już nauczyć tego numeru, by odrzucać go na naszym domowym telefonie.
To była moja wychowawczyni.
-Pewnie mnie teraz lamy szukają - powiedziałam sama do siebie lekko się uśmiechając.
Telefon nadal dzwonił, a ja wcale nie miałam zamiaru go odbierać, ale nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. „ Zagrajmy w grę”- powiedziałam sarkastycznie”, a później odebrałam telefon.
-Halo? – odezwałam się.
- Dziecko gdzie ty jesteś?! Szukamy cię wszędzie!- krzyczała psorka.
I tutaj w mojej głowie zagościł plan.
„A niech się przejdą”- pomyślałam.
- Jestem koło wodospadu.- szybko odpowiedziałam.
Oczywiście skłamałam, wodospad był po innej stronie góry niż byłam ja i autokar, do którego zmierzała grupa.
Żeby nie zdążyła nic wtrącić i nie wdawała się w szczegóły ani nie zadawała pytań, na które nie byłabym w stanie odpowiedzieć, szybko dodałam „ Czekam na was i się nie ruszam”, po czym się rozłączyłam.
Wiedziałam, że się nabrali. Zeszłam pospiesznie na parking i usiadłam na ławce.
Długo słuchałam muzyki, ale nagle podszedł do mnie wysoki blondyn, niesamowicie przystojny i zapytał się, czego słucham.
- „My Chemical Romance – helena” – odpowiedziałam.
- Mój ulubiony zespół- skomentował koleś i odszedł.
Nie zastanawiając się długo, zadzwoniłam do mojej najlepszej przyjaciółki, by powiedzieć jej, co dzisiaj wymyśliłam i o całym zdarzeniu.
Zawsze lubiłam jej się zwierzać, ona jest bardzo cichą osobą i jak dla niej moje pomysły są chore, ale zawsze mnie wysłucha.
- No i przed chwilą podszedł do mnie taki mrymraśny ( to nasze określenie na zabójczo przystojnych) chłopak! – krzyknęłam do słuchawki.
W tym monecie zorientowałam się, że ten koleś stoi pod sklepem i pali papierosa.
<Faceplam>
Adele coś tam mówiła, ale jej nie słucham.
Niebieskooki chłopak podszedł do mnie i kpiąco zapytał” Mrymraśny?”.
Milczałam. Zapadła błoga cisza, choć nie całkiem. Z telefonu było słychać jedynie głos mojej przyjaciółki „Halo?!, halo? Jesteś Clovie?” – powtarzała Adele.
Wysoki jak góra blondyn usiadł koło mnie.
Załamka. Siedzieliśmy i nic nie mówiliśmy.
Ja, idiotka, udawałam, że go nie widzę. Natomiast on jakby bezdźwięcznie powtarzał słowo „mrymraśny”.
Atmosfera napinała się z każdym naszym oddechem.
Na szczęście i nieszczęście w jednym pojawiła się nasza klasa i opiekunowie.
-Co to za pomysły panno Bloom?!- wrzeszczała nauczycielka.
Miała całe mokre włosy. Czy ona mnie szukała w tym jeziorze, czy pod wodospadem? O mój boże… To nie żadna woda tylko jej…Pot…Fuuuj…
Postanowiłam, że nie będę się zniżała do jej poziomu i dalej milczałam.
Spostrzegłam, że mój mrymraśny przyjaciel już nie siedzi obok mnie.
W oddali widać było przemoczoną Stacie, która wygrażała mi pięścią i jej klony, które patrzyły się na mnie z politowaniem.
Klasa zaczęła wsiadać do autokaru w kolorze jajecznicy, więc ja też ruszyłam w tamtym kierunku.
-Clovie- powiedziała psorka.- myślałam, że wolisz piesze wycieczki.- dodało wredne babsko.
Uśmiechnęłam się do niej, jako, że nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Jednak szybko wymyśliłam ripostę.
-Wpadła pani do wody, kiedy mnie szukała?- zapytałam triumfalnie spoconą jak świnię nauczycielkę.
-Nie twój interes smarkulo- warknęła Jadzia i weszła do sklepu, zapewne po chusteczki.
Pewnie im się nudzi bez mojej osoby- pomyślałam w duchu i weszłam do autokaru.
Stacia, gdy przechodziłam, próbowała podłożyć mi plecak pod nogi, żebym się potknęła.
Byłam na szczęście przygotowana, więc stanęłam tylko na jej jasno-różowym plecaku czarnym glanem, który niesamowicie go ubrudził.
-lama- skomentowałam głośno, po czym dalej przemierzałam rzędy bardzo brudnych siedzeń w poszukiwaniu wolnego miejsca.
Gdy już ową czynność uczyniłam, założyłam kaptur na głowę i włączyłam muzykę. Olewałam ich wszystkich przez całą podróż.